środa, 6 maja 2015

8. Ten przeklęty XXI wiek.

Studiuję archeologię, dużo czytam. O kulturze, o technologii - tej najnowszej, jaką staramy się aplikować do naszych badań i tej, która służyła długiej linii naszych przodków w codziennym trudzie zapewnienia sobie komfortu termicznego, pokarmu, a potem także zaspokojeniu wyższych potrzeb albo wyjaśnienia obserwowanych zjawisk przyrody. W zeszłym półroczu przyswoiłem na przykład sporo informacji o antropologii kulturowej, tak z zakresu historii rozwoju tej gałęzi nauki, jak i kluczowych teorii i - co również szalenie ważne - ludzi, którzy je formułowali.

Ci ostatni byli niesamowici, z wszech miar inspirujący i proszę mi wybaczyć achronologiczność, ale pozwolę sobie przytoczyć kilka szkiców ich sylwetek: XIX wieczny prawnik, który w wolnych chwilach bada plemiona Ligii Irokezów i budzi wśród nich taki szacunek, że największe z nich - Seneca - przyjmuje go jako swojego; doktor ekonomii, który porzuca karierę naukową i pędzi za pianistką do Londynu, gdzie z braku laku zaczyna studia socjologiczne, potem dzięki łutowi szczęścia wyrusza na antypody, gdzie, z uwagi na europejskie okoliczności, musi zostać przez kilka następnych lat, więc wykorzystuje je, by zrewolucjonizować definicję kultury; właściciel dużych zakładów metalowych doby industrializacji, który - choć nie skończył studiów i był słabego zdrowia - dzięki leczniczej podróży napisze pracę o mieszkańcach Meksyku i stworzy zupełnie nową naukę. I jeszcze markiz - oświecony liberał, antyklerykał, mąż stanu, zwolennik równości - przede wszystkim, wobec prawa.

Portret markiza de Condorcet pędzla Jean-Baptiste Greuze
Lekturę Szkicu obrazu postępu ducha ludzkiego polecam każdemu, książka - pomimo zauważalnie 'szkicowej' natury - zawiera wiele interesujących analiz i przemyśleń. Nie bez kozery ma opinię najważniejszego dzieła oświecenia. Jest warta uwagi także jako credo ludzi wolnych, bo świadomych. Condorcet zaczął ją pisać w 1793, gdy ukrywał się po tym, jak umiarkowani żyrondyści (których był zwolennikiem), opowiadający się m.in. za wprowadzeniem monarchii konstytucyjnej, zostali odsunięci od władzy i w większości bezlitośnie wytępieni. W trudnych, burzliwych czasach podejmowane są trudne i pochopne decyzje. Ale zagalopowałem się, nie o tym rzecz miała traktować. Myślą przewodnią wpisu niech będzie to, że im dłużej czytam pisma twórców z XVIII wieku, a prócz Condorceta są tam d'Alembert, Rousseau, Diderot, tym więcej znajduję analogii do świata współczesnego, albo przynajmniej tego jego wycinku, w którym zawiera się Polska. Że społecznie cofnęliśmy się do wieku XVIII, do czasów pańszczyzny, do monarchii absolutnej. Do czasów poprzedzających krwawe rewolucje i wielkie wojny pomiędzy starym porządkiem a niezgodą nań.

Mamy więc dwór, o którego finansach jeszcze w początkach swojej kariery naukowej Condorcet wypowiada się dość krytycznie, wieszcząc mu rychły upadek finansowy. Dwór, który przejada ogromne ilości pieniędzy, który oderwał się od rzeczywistości, od codziennych problemów oraz spraw i szybuje w sobie tylko znanym kierunku, a szybując marnotrawi wyciśnięte z ludu pieniądze. Kto bogaty ten z nami, kto przeciw nam, tego zniszczymy za pomocą heroldów, klakierów, zaufanych pamflecistów albo sfingowanych procesów. Do tego panuje ogromne rozwarstwienie, awans społeczny jest trudny, a bogactwo zgromadzono w wąskiej grupie ludzi. Znamy to? 
Za posiłek dla konferencji rządowo-biznesowej - ponad 18 000 złotych (owszem, zakładając, że na sali było ~400 osób, to tylko 45 złotych na głowę, czyli ekwiwalent sutego obiadu w żoliborskiej włoskiej restauracji popitego dwoma piwami - wierzę, że dałoby się to zrobić znacznie taniej) albo narzekanie, że a to z diety 10 000 złotych trudno wyżyć, a to emerytura prezydencka 6 000 złotych niedostateczna. Ogromne, jeśli porównać je z minimalną ustawową pensją. Trzeba tu pamiętać, że średnie zarobki wg GUSu obliczane są za pomocą średniej arytmetycznej, zatem górne wartości oddalone np powyżej 40 tysięcy miesięcznie znacznie ją zakłamują. Diety i inne dodatki dotyczą kilkuset wybranych osób, kilometrażówki, podróże służbowe do ciepłych krajów, kursy języka w tropikach, przejazdy za darmo komunikacją państwową. 
Śledzę politykę o tyle, o ile, nie uważam się za autorytet w tej dziedzinie. Te koszta nie bolałyby nawet tak bardzo, gdyby Ci ludzie faktycznie znali się na czymś więcej, niż granie nastrojami tak, żeby zostać przy korycie, albo wyszukiwanie lobbystów skłonnych płacić za kolejne deregulacje i ustawy pisane pod nich, a przeciw innym. Marzyłoby mi się, by przedstawiali jakieś programy, tymczasem ostatnimi czasy powstrzymują się nawet od dawania obietnic. Głosujemy więc na twarze oraz chwytliwe hasła, które staramy się łączyć z nazwiskami. Państwo się dziwią, że ludzie oddają nieważne głosy?

By utrzymać dwór i jego krótkowzroczną, egoistyczną politykę mamy państwo, które atakuje podatkami każdego i na każdym kroku. Wspaniale, że niewspółmiernie do zarobków płacić należy za wszystko, podatek dochodowy oddajemy bezpośrednio, VAT jest naliczany do większości produktów, które kupujemy, do tego ubezpieczenie społeczne, żeby łożyć na piramidę finansową, której puste fundamenty pewnie niestety będzie dane zobaczyć mojemu pokoleniowi. Jasne, że z tych pieniędzy utrzymywane są też zdobycze oświecenia i pozytywizmu takie jak publiczne placówki oświaty i szpitale, ale ile z tych pieniędzy jest marnowane? Wysokie podatki, w każdym razie przekładają się też na podnoszenie cen. Obecnie przekonuję się, że już nie tylko 10 pln jest bezwartościowe w sklepie spożywczym, powoli dochodzimy do poziomu w którym 20 pln takim się staje. A może sprywatyzujemy lasy? A może przepchniemy ustawę, która pozwoli naszemu koledze zrobić co chce z zamkiem, który kupił, a który ktoś naiwny kiedyś wpisał do rejestru zabytków chronionych prawem? Sprawy lasów nie śledziłem, kwestia zabytków przeszła rozporządzeniem ministra kultury. Tak, kultury i dziedzictwa narodowego.
Taki stosunek odbija się też negatywnie na relacji pracodawca - pracownik. Ten pierwszy, o ile nie chce ryzykować kar, musi być wobec państwa uczciwy, więc tnie po pracownikach, odbierając im zarobki albo wyciskając do ostatnich soków. XXI wiek? A może jednak XVIII? Brak pańszczyzny? No błagam, a niemożliwość stanięcia samodzielnie na nogi, wszechobecne kredyty, WSPIERANE NAWET PRZEZ USTAWODAWSTWO? Bo czym innym jest program pomocy młodym w uzyskaniu pożyczki w danych bankach, którą następnie będą spłacali przez 30 lat?
Tu pojawia się rozwarstwienie i to na takiej ilości płaszczyzn, że - kolokwialnie mówiąc -głowa mała, by je wszystkie zliczyć i przeanalizować. Ten wierzy w tę partię, inny w inną. Wiara ta ma wszelkie znamiona fanatyzmu, najpopularniejszą formą dialogu jest krzyk i wulgaryzmy, a ulubioną - przepychanki, gnojenie, podkładanie świń. Ten ma taki dochód, ten zupełnie inny, jeśli mniejszy, to pewnie odżywia się niezdrowo (bo taniej), dwie godziny dziennie spędza na dojeżdżaniu do pracy, w której spędza od 8 do 12 godzin, często obsługując tych, którzy zarabiają więcej. W końcu procent ludzi pracujących w 'usługach' jest istotnym wyznacznikiem zaawansowania społeczeństwa. Najbogatsi wchodzą w relacje symbiotyczne z rządem, chociaż ci z nich, którzy chcą skakać zbyt wysoko, są bezlitośnie tępieni, etc, etc. W praktyce każdy warczy na każdego i wszyscy razem siedzimy na beczce z czarnym prochem, a spod zgrzytających zębów lecą iskry.

Świat wypadł z formy i powoli robi się nie do życia, czego doskonałym przykładem są nowe wiaty przy przystankach. Tak, wiaty. Bzdurne wiaty przystankowe. Rozważmy je w najprostszych słowach. 
Mamy przystanek autobusowy. To umówione miejsce, w której o umówionych porach zatrzymuje się autobus, czyli środek komunikacji zbiorowej, którego właścicielowi zbiorowość za skorzystanie z tej usługi płaci. W teorii można by startować po prostu z chodnika, ewentualnie z miejsca oznaczonego w jakiś umówiony sposób, np. - na modłę krajowców z Melanezji - tyczką. 
Należy zwrócić jednak uwagę na dwa dodatkowe czynniki - klimat i błąd ludzki. Ten pierwszy jest u nas dość zmienny - zimą jest zimno, latem gorąco, nie ma pory suchej, padać może przez cały rok, amplituda temperatur waha się w granicach powiedzmy od -16 do + 35. Drugi czynnik określa to, że kierowcą jest człowiek, a więc istota która może przyjechać za wcześnie lub spóźnić się, zależnie od zaistniałych okoliczności; z powodu tego ludzie często przychodzą na przystanek wcześniej, choć mogą przemoknąć, może ich przewiać, w wyniku czego będą bardziej podatni na choroby, które narażą ich na:
  • spotkanie ze służbą zdrowia (która kuleje tu już dawno i której kolejni ministrowie nie są w stanie wyleczyć),
  • konieczność kupna leków,
  • zwolnienie lekarskie, które zaowocuje pomniejszoną pensją.

Wydaje mi się, że stąd powstał pomysł, by przy przystankach budować w naszym klimacie okresowe schronienia, pozwalające podróżnym skryć się przed dwoma głównymi wrogami utrzymania ciepłoty organizmu - wiatrem i wilgocią. No więc tak.

Pod podobną do tej z pierwszego zdjęcia ślicznotką miałem okazję ostatnio czekać na autobus. Ręczę, że przez szpary pomiędzy designerskimi elementami konstrukcyjnymi wpada wiatr i bezlitośnie chłoszcze, z łatwością wwiewa krople albo płatki śniegu pod zbyt krótki dach. Jeśli akurat nie wieje, a tylko pada, to i tak mieści się tam nie więcej, jak sześć osób w kurtkach i z pojedynczym bagażem podręcznym typu torba, plecak. Pozostali, cóż, mokną.
Drugie zdjęcie nieco naświetla sprawę: to mniejsza wiata, która ma tylko 2 miejsca na billboardy. Większa ma ich co najmniej 3. Obecnie montowane w nowych wiatach plakaty obiecują kolejne 1580 wiat dla Warszawy. To daje ponad 3 tysiące możliwych miejsc na ogłoszenia sprzedawane przez firmę AMS. W pewien sposób to zabawne, że tak, jak walcząca z agresywną reklamą Gazeta Wyborcza, AMS także należy do Agory.
Po co jest wiata? Ano, po to, żeby ktoś zgarniał pieniądze za to, że ona tam stoi od kogoś, kto chce, by jego produkt sączył się do mózgów ludzi, którzy czekają na autobus. Proste. Nie dla wygody podróżnych - ma cieszyć oko jako superfajny, nowoczesny słup reklamowy. Jak w tej bajce o czarnoksiężniku, który dał ludziom ubrania, które nie grzały i jedzenie, które nie zaspokajało głodu. Żyjemy w świecie iluzji, partactwa i jawnej kradzieży. Mam tylko nadzieję, że za wymianę wiat na te nowoczesne bannery reklamowe ratusz nie zapłacił ani złotówki z naszych podatków, w końcu firma AMS będzie zarabiała na nich solidne pieniądze.

Z tego wszystkiego nabieram przekonania, że gdyby nie to, że dano nam ułudę swobody i możliwości zmiany rzeczywistości wokół siebie choćby za pomocą emigracji, a zatem luksus trudno dostępny w XVIII wieku, już dawno mielibyśmy tutaj rewolucję. Nie wiem, czy czerwoną czy białą, ale jakąś na pewno.

I na zakończenie - wiersz:

Może to jednak źle, że rozpada się samo 
pojęcie obowiązku wobec ojczyzny?

Że gorliwi służalcy i dobrze płatni oprawcy
nie tylko nie poniosą kary, ale siedzą
w swoich willach i piszą pamiętniki,
odwołując się do wyroku historii?

Nagle ukazał się nieduży kraj, zamieszkany
przez małych ludzi, w sam raz na prowincję
zdalnie kierowaną przez imperium.

Może więc nie mylił się Jan Jakub Rousseau,
kiedy doradzał, zanim oswobodzi się
niewolników, najpierw ich wykształcić i oświecić?

Żeby nie zmienili się w stado pyszczków
węszących za żerem, do których zbliża się
szczurołap ze swoim fletem i prowadzi ich
w jaką zechce stronę.

Flet szczurołapa wygrywa piękne melodie,
głównie z repertuaru naszej małej stabilizacji.

Obiecują one globalne kino i błogie wieczory
z puszką piwa przed telewizyjnym ekranem.

Minie jedno, może dwa pokolenia, i młodzi
odkryją nieznane ich ojcom uczucie wstydu.

Wtedy dla swego buntu będą szukali wzorów
w dawno zapomnianej, antyimperialnej rebelii.

Czesław Miłosz, najprawdopodobniej 2003 r.


środa, 15 października 2014

7. Overton Down czyli międzypokoleniowa archeologia eksperymentalna

Wielu archeologów chciałoby widzieć w odtwórstwie historycznym rodzaj eksperymentu archeologicznego, więc dzisiaj o czymś, co może być w pewnym sensie pokrewnym rekonstrukcji historycznej tj. właśnie o archeologii eksperymentalnej. Wspólną cechą ich obu jest dążenie do odtworzenia przedmiotów, budynków, realiów czy technik minionych epok. Różnią się przede wszystkim motywacją, inna jest także metodyka. Eksperyment, którego zadaniem jest zbadanie jakiegoś tematu i uzyskanie odpowiedzi na konkretne pytania, musi mieć precyzyjnie określone założenia, hipotezy i metody, podczas gdy odtwórstwo wciąż dopuszcza pewną dowolność metod i bliskości historycznej. Eksperyment ma cel, który osiąga się w skończonym odcinku czasu. Odtwórstwo jest oddolnym ruchem pasjonatów.

Ale ad rem:

Projekt ruszył w roku 1960 w brytyjskim hrabstwie Wiltshire. Obiektem eksperymentu miał być solidny wał o trapezoidalnym przekroju (21m długości, 7m szerokości i 2 metry wysokości; skład: torf, kreda, zawiera śladowe ilości tkanin, skór, kości zwierzęcych, kawałków drewna; daty spożycia pod koniec akapitu) i rów wykopany u jego podstawy. W wale ułożono w regularnych odstępach próbki - repliki drobnych zabytków - imitujące te znajdowane przez archeologów w podobnych strukturach: tzn kilka kawałków ceramiki, fragmenty tekstyliów, trochę organiki - śmieci, które mogły zaplątać się w strukturę budowanego wału.
Żeby zrozumieć co dzieje się tak z samym nasypem i fosą, jak i z umieszczonymi wewnątrz przedmiotami, postanowiono wykonywać przekrojowe wykopy przez wał i rów po 2, 4, 8, 16, 32, 64 i 128 latach (co odpowiada datom rocznym 1962, 1964, 1968, 1976, 1992 - z tego roku w linku na dole macie pełen raport, oraz 2024 i 2088). 

Swoja drogą taki szmat czasu to dobry motyw na tanią piosenkę w stylu szanto-country z refrenem: "Ooooo, i spotkamy się znów na Overton Down". Aż dziw, że nic takiego nie jeszcze powstało, szczególnie, że eksperyment jest wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, więc nie brakuje mu rozgłosu.

Podobny projekt w latach 50 XX wieku zaczęto realizować w Biskupinie na jednym z corocznych obozów archeologicznych. W ramach symulacji scytyjskiego najazdu, spalono tam wówczas rekonstrukcję chaty w skali 1:1 z wyposażeniem. Jej pozostałości czekają w ziemi na eksploracje do dzisiaj.

Overton Down, wał i rów jako nowe obiekty w 1960 roku, poniżej przekrój poglądowy konstrukcji


Ale wracając do Overton Down (Ooooo!), w trakcie czterech podejść do badania materiału zaobserwowano co następuje:

  • Jeszcze w latach 60 ubiegłego wieku wał obniżył się o 25 centrymetrów, a dno rowu uległo zamuleniu, chociaż po tym dość gwałtownym, pierwszym etapie nastąpiła stabilizacja już w latach 70.
  • Po 4 latach pod ziemią ceramika pozostawała bez zmian, skóra odrobinę zbutwiała, ale tkaniny zetlały i odbarwiły się.
  • Wykopaliska roku 1992 ujawniły, że tkaniny i drewno lepiej zachowały się w części kredowej, podczas gdy te okryte torfem niemal doszczętnie zniknęły. Od roku 1976 niewiele się zmieniło w samej strukturze wału, chociaż drobniejsza frakcja została wypchnięta przez... dżdżownice. :D
Obiekt w trakcie wykopalisk z roku 1992.
Materiały z wykopalisk w roku 1992, przekrój wału i rowu.
Poniżej dorzucam zdjęcia z roku 2012. Do najbliższych wykopalisk jeszcze 12 lat, a od utworzenia obiektów minęło ich raptem 54.








A ponieważ Pan kazał dzielić się źródłami:

poniedziałek, 7 lipca 2014

6. Król przystał do Targowicy!

Tytuł postu nawiązuje do sytuacji z historii XVIII wiecznej Polski (w sumie, niedługo rocznica) i - co ciekawe - wiąże się też dość blisko ze współczesną rekonstrukcją tamtej epoki. Duch odtwarzanych czasów, jak widać, miewa w zwyczaju przenikanie do teraźniejszości i symulowanie pewnych wydarzeń także poza pokazami. C'est la vie.

Skrótowe wyrównywanie braków z historii Polski, żeby móc przejść do meritum:
W 1791 roku skonfederowanemu Sejmowi udaje się przeforsować Konstytucję 3 Maja, dokument wprowadzający w Rzeczypospolitej monarchię konstytucyjną, reformujący armię i państwo - m. in. równała prawnie mieszczan ze szlachta, roztaczała ochronę nad chłopstwem, znosiła takie bezsensowne pomysły jak liberum veto czy sankcjonowany prawem rokosz (tj zbrojny bunt przeciwko królowi). Jasne, że przy okazji był to zamach na fundowaną w XVIII wieku za rosyjskie ruble złotą wolność szlachecką, stąd nie dziwota że znalazła się niechętna konstytucji opozycja magnacka.
Zaprzysiężenie Konstytucji 3 Maja, Jan Piotr Norblin 1791 r.
Tadeusz Kośiuszko pędzla
Karla Gottlieba Schweikart,
 1802 r.
Zawiązała się Konfederacja Targowicka - Szczęsny Potocki, Ksawery Branicki i Seweryn Rzewuski zwrócili się o do carycy Katarzyny, by pomogła im odzyskać utracone przywileje. W obronie ich interesów w 1792 roku na Polskę uderzyła 100 000 armia rosyjska. Była to tzw. wojna w obronie Konstytucji 3 Maja, zakończona w trakcie oblężenia Warszawy 23 lipca 1792 roku. Wtedy to król Stanisław August Poniatowski, wypełniając warunki kapitulacji narzucone przez Petersburg, przyłączył się do Konfederacji. 37-mio tysięczna armia, którą Kościuszko i młody Józef Poniatowski wodzili Rosjan za nos, a przy sprzyjających okolicznościach bili bez litości, poszła w rozsypkę, wielu dowódców czy działaczy Sejmu Czteroletniego musiało udać się na emigrację.



Akt akcesu Stanisława Augusta Poniatowskiego do Targowicy, 1792 r.

Ale ad rem: post będzie gorzkawym komentarzem o tym, jak pewne cechy odtwórstwa ulegają degrengoladzie, jak są wypaczane i zamiast edukacji służą już właściwie nie wiadomo czemu. Opiszę to na przykładzie grup i imprez, których nazw nie wymienię. Nie chodzi tu bowiem o wypowiadanie wojny, złośliwość, zawiść  ani o piętnowanie konkretnych przykładów głupoty, a o komentarz dotyczących rzeczy ważnych w odtwórstwie, skoro mamy z Olą już jakiś staż w tej dziedzinie.
Rozważmy zatem co mogłoby pójść nie tak w działalności hipotetycznej, kilkunastoosobowej grupy, która zajmuje się tematyką tak wojskową, jak i cywilną, a wśród swoich członków, prócz mieszkańców miasta A, ma rodzynki z reszty kraju.


1) Merytoryka i edukacja.

Pokazów nie można prowadzić w oderwaniu od tych dwóch aspektów. Nie i już, o ile odtwórstwo ma być czymś więcej niż realizacją fetyszu dziwnego ubierania się. Chcąc, nie chcąc, misją tego hobby jest przybliżanie "cywilom" realiów życia w odtwarzanej przez nas epoce. Stroju, gier, zwyczajów, historii, która się wtedy działa. Wymaga to pracy nie tylko nad strojem, ale także poszerzania własnej wiedzy z zakresu historii, archeologii, kultury. Ktoś, kto nie ma pojęcia, co ma na sobie i jakie realia odtwarza, nie ma prawa mówić o sobie per rekonstruktor. Rekonstrukcja bez tego jest katedrą bez Boga. 
Ten punkt tyczy się  także kwestii przyjmowania i udzielania rad. Jasna sprawa, że krytyka stroju, nad którym spędziło się n wieczorów boli, ale - do diabła - jesteśmy tu po to, żeby cały czas się uczyć i zmierzać przez to w kierunku lepszego! Należy wysłuchiwać i sprawdzać w źródłach wszelką krytykę, także od ludzi, których strój jest jeszcze niedoskonały, a potem - jeśli faktycznie potwierdzimy ich słowa w źródłach - stosować się do nich. 
Wyżej wspomniane uwagi, to najłatwiejsza droga do źródeł. Jest to też szalenie istotne w temacie BHP - tutaj zignorowana rada potrafi skończyć się bardzo poważnym wypadkiem.

Grupy radzą sobie z tym na różne sposoby, najbardziej popularnym jest system rekrut - żołnierz. Osoba, która dopiero co pojawia się w grupie i nie posiadła jeszcze stosownie dużej wiedzy, ma status członka niepełnego, który winien stosować się do pouczeń tych bardziej doświadczonych. 
I nie chodzi tu o kompleks kaprala i ustawianie ludzi po kątach (ok, czasem chodzi, ale jeśli ktoś bawi się w rekonstrukcję historyczną żeby powetować sobie jakieś braki, powinien leczyć się u specjalisty), a o jakość pokazów i o oszczędność czasu nowych członków, którym starsi wszystko mogą podawać na tacy. Jeśli system przestaje działać jest to najprostsza droga do obniżenia się poziomu grupy i bezsensownych konfliktów.

ERGO:
Dobry rekonstruktor, wie, co odtwarza i stara się przez cały czas powiększać swoją wiedzę.
Dobry pokaz musi zawierać coś więcej niż akcję, bójki, strzelanie i przemoc fizyczną.
Dobra strona www grupy musi zawierać coś więcej niż zdjęcia.
Klimat musi być podparty wiedzą w przystępnej formie sprzedawaną widowni. 
Inaczej jest to tylko amatorski teatr uliczny. Najczęściej bardzo słaby.



2) Zamknięty dla postronnych obóz w środku miasta.

W świetle powyższych rozważań zastanówmy się wpierw czemu ma służyć stawianie namiotów, maskowanie wszelkich elementów współczesności, palenie ognisk i gotowanie na nich. Skupiając się na fetyszu, można powiedzieć, że chodzi o klimat, o to, żeby poczuć się "jak wtedy", żeby dostać wszy, przeziębienia, odcisków, zmarznąć, wygłodzić się, przeżyć przygodę. Jasne, nie neguję. Mile wspominam np. obchody pewnej bitwy z XIX wieku, w której poznaliśmy wielogodzinne działanie mrozu (poniżej -20 stopni Celsjusza) na ludzi w mundurach doby Wojen Napoleońskich. Było to naprawdę super przeżycie, bardzo otwierające głowę m.in. na relacje pamiętnikarskie z odwrotu Wielkiej Armii z Rosji w 1812. Bez ironii. 

Obchody Austerlitz w roku 2010,
godzina ~9 rano polski batalion
 piechoty XW maszerujący w kierunku pola
bitwy (~5km) w ponad 20 stopniowym mrozie.
Tylko dlaczego robić to w środku miasta? Po co zmuszać odtwórców do wysilania wyobraźni i oszukiwania się, że przez wysokie ogrodzenie z siatki, wzdłuż którego parkują samochody, nie patrzą ciekawskie oczy gapiów w t-shirtach i krótkich spodenkach, vis a vis bramy (blokowanej blaszanym szlabanem, jakiego używają drogowcy)  nie ma przeszklonego hotelu, a na śniadanie nie było smarowidła z plastikowego opakowania, zagryzionego białym, krojonym pieczywem z folii? 
W takich warunkach to farsa a nie klimat. Jeśli obozowisko budowane jest w tych okolicznościach, powinno się możliwie najpełniej wykorzystać jego walory edukacyjne, albo nie próbować udawać, że robimy coś, czego nie robimy.
Jak? Przede wszystkim garściami zapraszać ludzi do zwiedzania go, a wcześniej przygotować przebierańców do przekazywania faktycznych informacji o tym, jak rzeczy wyglądały w epoce. Informacji, które w razie potrzeby mogą zostać poparte odniesieniem się do konkretnych źródeł. Pamiętam rekonstruktora opowiadającego bandzie dzieciaków, że charakterystyczny dla traperów mały namiot bez ścian bocznych jest namiotem dowódcy, wychwalając przy tym wymyślone na poczekaniu zalety tego faktu (a to, że mała powierzchnia, więc cisza i spokój, a to, że bez ścian bocznych widać wszystko, co się dzieje na około; to działo się naprawdę) - owszem, dowódca grupy spał właśnie tam, ale taka pałatka nijak nie przypominała namiotów prostego wojska z XVIII wieku, nie mówiąc o miejscach, gdzie sypiali oficerowie.

Obozowiska nie można permanentnie zamykać, nie można odgradzać się od ludzi, dla których to robimy, z których pieniędzy w dużej mierze fundowane są budżety imprez. 
To równie niewłaściwe, jak strzelanie sobie z przyłożenia w kolano z rewolweru nabitego ostrą amunicją. Albo nieumiejętny fechtunek ostrą bronią.
Szablon zaprojektowany przez Olę w ramach
uczczenia pewnych błędów Szymona


3) Kwestia śniadań i jedzenia.

Poruszyłem wyżej kwestie posiłków. Trudno tak naprawdę powiedzieć, jakie powinny one być. Odtwórstwo  siłą rzeczy zawsze będzie sztuką kompromisu pomiędzy współczesnością a obrazem przeszłości, jaki wyciągamy z prac historyków i archeologów. No, chyba że mamy zamiar strzelać do siebie prawdziwym ołowiem i fechtować ostrą bronią.
Świetną sprawą jest w pełni historyczne jedzenie - specjalnie przygotowane na tę okazję suchary, kasza bądź mięso, zgodne np. z regulaminami wojskowymi tamtego okresu albo zapisami pamiętnikarskimi. Marzeniem byłoby tego typu żarcie na każdej imprezie. Dobrym pomysłem są epokowe półprodukty: np surowy drób, warzywa. Te rzeczy stosunkowo łatwo przyrządzić (można piec na kijach nad ogniskiem, od biedy po prostu wrzucić do kotła i zagotować) i nie rażą współczesnością, a przechowywane w odpowiednich warunkach o dziwo znoszą nawet kilkudniowe upały (świetnie nadają się do tego doły przykryte dodatkowo słomą).
Wygodną opcją jest zapewnienie zbiorowego żywienia typu nieśmiertelna grochówka z kuchni polowej albo na szkolnej stołówce. Nie jest to epokowe, nie wszystkim wszystko będzie smakować, ale dzieje się to zazwyczaj poza pokazem, bez gombrowiczowskich butów.
Nie ma natomiast sensu organizowanie zakupów puszek w sklepie. To zwykła strata pieniędzy na wątpliwą przyjemność.
Reko dla klimatu, obozowisko powstańców 1863 r., gotowanie półproduktów nad ogniem.
Kurczak pieczony na bagnecie nad ogniskiem.
Na trójnogu, w rondelku gotowała się herbata.
W żarze dochodzą ziemniaki, zima 1812.

4) Zgodność.

Rzecz mniej ważna dla odtwórstwa stricte batalistycznego, ale kluczowa dla grup 'robiących' cywili (no, chyba że ludzie bawiący się w to pierwsze postanawiają zacząć od sylwetek pułkowników, generałów, książąt i marszałków to wtedy tak, jak najbardziej ta uwaga tyczy się także ich). Wcielanie się w naszych realiach w tzw wyższe sfery jest bardzo kuszące (choćby z uwagi na dziecięce marzenia o byciu księżniczką/księciem), ale i bardzo trudne. Usłyszałem kiedyś od pewnego pirotechnika, który przewinął się przez kilka dobrych grup odtwórstwa, że by solidnie zrobić postać oficera w wojsku napoleońskim, trzeba być bardzo bogatym. Wiąże się to, prócz bogatszego i trudniejszego do wykonania stroju, z wydatkami na cały entourage takiej postaci - chociażby utrzymanie konia, czy zabieranie ze sobą adiutanta.
Marszałek Michał Ney. zwróćcie uwagę na kołnierz
Pułkownik Georges Taylor Dennison
w mundurze z 1820 roku.
Szykując dla siebie postać z wyżyn społecznych, prócz większych wydatków, należy być gotowym na trudności logistyczne. W końcu po mieście powinniśmy poruszać się w odpowiedni sposób i w odpowiednim otoczeniu. Służba, stangret powożący karetą z rodowymi herbami, albo przynajmniej wynajęty fiakier z dorożką, bileciki, rękawiczki, bon ton. Ba! Każde miasto miało pewne miejsca, w których ludziom - a kobietom w szczególności - dobrze urodzonym po prostu nie wypadało przebywać. Co tam, że nie wypadało, było to po prostu także bardzo niebezpieczne. Porty razem z całym otoczeniem magazynów, mordowni i tanich burdeli, dzielnice biedoty oraz oczywiście pełne błota, brudu i smrodu obozy wojskowe.

W przypadku grup militarnych, takim wymogiem będzie dyscyplina - operowanie w polu zgodnie z musztrą odtwarzanej jednostki, a po bitwie chociażby inspekcje broni i jej czyszczenie. Grupy pozbawione jakiejkolwiek dyscypliny są niebezpieczne dla siebie i innych uczestników starcia. ;)




5) Kwestia komunikacji i zarządzania grupą.

Odtwórstwo to zwykle (może z pominięciem projektów a la ten blog ;)) hobby drużynowe. Jak mawiają Anglicy: the more, the merrier. Nawet jeśli mowa o tej podstawowej "komórce" odtwórczej jaką jest grupa, nie istnieje ona bez szefa, szef nie istnieje bez grupy. To taki faktyczny paradoks tej zabawy. 
Szef trzyma w ręku kontakty do organizatorów imprez, często dysponuje też największą wiedzą o epoce lub odtwarzanej formacji (przynajmniej na początku). Organizuje ćwiczenia, wyznacza daty, koordynuje logistykę wyjazdów i działań, podpisuje umowy oraz bierze na siebie odpowiedzialność za to, że grupa się z tych umów wywiąże. Szef nie istnieje jednak w świecie rekonstruktorów bez swojej grupy i pewne praktyki, obserwowane z dystansu, wydają się z wszech miar samobójcze. Na przykład: 
  • brak troski o poziom wiedzy w grupie, 
  • budowanie więzi pomiędzy członkami grupy w oparciu o wrogów (wewnętrznych i zewnętrznych) i retorykę oblężonej twierdzy,
  • chowanie głowy w piasek i branie sobie "wolnego", za każdym razem gdy wewnątrz grupy dochodzi do konfliktu,
  • w przypadku grup zrzeszających ludzi z różnych stron kraju, irracjonalnym jest omawianie ważnych kwestii na herbatce i ciachu z wybranymi członkami grupy i przyjmowanie ad hoc, że wiadomość rozniesie się pocztą pantoflową. To samo tyczy się podejmowania istotnych decyzji w trakcie imprez i przekazywanie ich przez gońca na zasadzie - "powiedz wszystkim, których znajdziesz, że o 17 mamy ważną odprawę". Takie wiadomości po prostu nie docierają do swoich adresatów.
  • podsycanie wewnętrznych konfliktów oraz tworzenie frakcji,
  • a jeśli powyższe już się stało, karygodnym ze strony dowódcy jest faworyzowanie jednej części grupy przed drugą.

Wobec czego, drodzy państwo - jeśli z inicjatywy szefa w danej hipotetycznej grupie, która popełnia powyższe błędy, powstałby jeszcze wewnętrzny krąg, zrzeszający większość odtwórców, i to do niego kierowane są uwagi, pomysły i informacje o imprezach, to ja takiej grupie powiedziałbym: 'ok, ale beze mnie, poradzicie sobie, nie ma ludzi niezastąpionych'.

sobota, 28 czerwca 2014

5. Papiernictwo w XVIII wieku

Obiecałem ambitnego posta z całą skarbnicą wiedzy, ale ograniczę się do podstaw, które zdążę przygotować przed najbliższym wyjazdem. Dzisiaj 'tylko' o przygotowaniu do czerpania.
Trudno, takie jest życie. 
Żeby nie być zupełnie gołosłownym, na samym dnie postu postaram się zebrać linki i informacje niezbędne, by samemu rozpocząć buszowanie po internetach. Nie oszukujmy się, nie będzie to praca stricte autorska. Oprę się na artykule z pierwszego adresu, także serdecznie zachęcam do lektury, o ile nie przeszkadza Wam język angielski. Szczególnie, że pominę tu wiele dygresji czy szczegółów. : p

A zatem zajmijmy się przygotowaniem tej pulpy.
Szwajcaria, Muzeum Papiernictwa w Basel




Rags make paper,
Paper makes money,
Money makes banks,
Banks make loans,
Loans make beggars,
Beggars make rags.

Autor nieznany, ~XVIII wiek.






Woda

Istotnym czynnikiem przy produkcji papieru jest możliwie najbardziej czysta woda. Dzisiaj nie ma z tym problemu, wcześniej radzono sobie z tym za pomocą serii cystern i filtrów - Lalande w publikacji z 1761 wymienia następujące elementy takiego układu:
a) wiklinowy kosz wyłapujący najgrubszą frakcję,
b) wylot wodny zaprojektowany do separowania nieczystości,
c) sito prowadzące do cysterny o ograniczonym przepływie, w której woda mogła się ustać a drobniejsza frakcja zanieczyszczeń opaść na dno pod postacią mułu,
d) jeszcze drobniejszego sita (np. często stosowano tu grube warstwy tekstyliów) prowadzącego do kolejnej, mniejszej cysterny o tym samym przeznaczeniu,
f) właściwy zbiornik zakończony kolejnym sitem
Prócz wielowarstwowych filtrów z tkanin znane też były filtry piaskowe. 

Ważne było też to, jakie związki mineralne zawierała woda. Szybko nauczono się unikać tej mocno zażelazionej, jako niekorzystnej dla żywotności papieru, a nadto nadającej mu niepożądany, rdzawy kolor. Wytrzymałość papieru wzmacniał natomiast wapń i węglan magnezu. Już w XV wieku radzono, by do tzw "krajalnic" (miejsce, w którym pulpa ulega dalszemu rozdrobnieniu, potem pokażę ryciny!) dosypywać wapno, co zwiększało tempo produkcji i ulepszało jakość papieru. Kolor masy papierowej mógł być też poprawiany poprzez rozproszenie sproszkowanej kredy. Innym źródłem wapnia mogły być szczątki zwierząt użyte do produkcji żelatyny, którą impregnowano świeżo pozyskany papier.
Równolegle, woda była używana jako siła napędowa przemyślnych mechanizmów ułatwiających pracę.


Włókna

Materiał, z którego pozyskano pulpę miał dużo większy wpływ na kolor papieru, niż wszelkie substancje mineralne naturalnie rozpuszczone w wodzie. Współcześnie nie mamy z tym większego problemu, skoro większość internetowych przepisów na papier czerpany zakłada czerpanie go z... rozdrobnionego papieru. Zatem papierowy Oὐροβόρος zjada obecnie własny ogon. :D

W XVIII wieku na taką ekstrawagancje nie można było sobie pozwolić. Segregowano zużyte tekstylia pod względem koloru oraz grubości splotu na trzy kategorie - cienkie, średnie i grube, choć Lalande wspomina o wyspecjalizowanych młynach papierniczych, które dzieliły zebrane tkaniny nawet na 9 kategorii, odrzucając te najgrubsze. Do tego etapu przykładano ogromną uwagę - każdy błąd podczas selekcji szmat prowadził do zanieczyszczeń i pogorszenia się jakości pozyskiwanego papieru lub zmarnowania surowców (w przypadku, gdy dobry materiał trafił do odrzutów, wymagających dłuższego moczenia i miażdzenia). Najbardziej poszukiwane były solidnie znoszone, białe tkaniny. Biel wyznaczała dobry gatunkowo kolor, zużycie przyspieszało proces rozdrabniania. Nie znaczy to, że produkowano wyłącznie śnieżnobiałe arkusze - tekstylia gorszej jakości przekształcano w papier pakowny czy różnego rodzaju papierowe płyty.

Kobiety segregujące tkaniny Encyclopédie, ou Dictionnaire raisonné des sciences, des arts et des métiers, vol. 5 (plates), red. Jean-Baptiste le Rond d’Alembert and Denis Diderot (Paris: 1751–65)
Właściwe sortowanie było o tyle kluczowe, że do rozdrabniania papieru przez długi czas używano specjalnych młotów, które oddziaływały na całość kadzi, więc ta musiała być wypełniona materiałami o zbliżonych właściwościach. Późniejsze (a mówimy wciąż o XVIII wieku ; )) maszyny można było już tak wyregulować, by zajmowały się tylko grubszymi elementami. Następnie tekstylia były cięte na kawałki. Na tym etapie pozbywano się wszelkich guzików, szpilek i innych "ciał obcych".

D'Alembert i Diderot: sala, w której pracownicy wstępnie obrabiają i oczyszczają materiał

Fermentacja


Gdy już upewniono się, że wysegregowane rodzaje tkanin zostały oczyszczone ze zbędnych dodatków i zanieczyszczeń, drobno pocięte tekstylia trafiały do kadzi, w których poddawano je fermentacji. Te zwykle umieszczano w piwnicach ze względu na mniejsze wahnięcia temperatury, a co za tym idzie większą powtarzalność procesu. Cysterny fermentacyjne budowano bez szczelnego dna, by nadmiar wody sam znajdował sobie ujście.

Opis fermentacji szmat w papierni we francuskiej Owernii zawdzięczamy Lalande'mu.
Postwulkaniczny krajobraz Auvergne, Francja. Region którego XVIII wieczne papiernictwo opisał Lalande
Z jego tekstu wynikało, że szmaty były zalewane wodą po 8-10x dziennie przez dziesięć dni, następnie zostawiane same sobie na drugie tyle. Po upływie tego czasu, masa była mieszana i pozostawiana do dalszego gnicia. Cały proces mógł trwać od 6-7 tygodni. Energia cieplna wytwarzana podczas gnicia materiałów miała być wyznacznikiem właściwego momentu przerwania fermentacji (robiono to zwykle w momencie, gdy pulpa nagrzewała się do tego stopnia, że nie sposób było utrzymać w niej ręki dłużej niż kilku sekund), chociaż wpływ na to miała także ilość i kondycja włókien, a także skład mineralny wody.
Na tym etapie dodawano też wodorotlenku wapnia, które sprzyjało wytrącaniu się celulozy.


D'Alembert i Diderot: zbiornik do fermentacji, a nad nim dziura, którą zrzucane były ścinki szmat - #automatyzacjapracywXVIIIwieku!

Rozdrabnianie i płukanie

Wielu ówczesnych papierników narzekało na konieczność fermentacji szmat, która wydłużała czas pomiędzy przyjęciem materiału, a wypuszczeniem gotowych kart. Pomimo dużej wiedzy papierników nadzorujących gnicie, doskonalonej z pokolenia na pokolenie, grzyby i pleśnie dojrzewające w warunkach XVIII wiecznych kadzi były tak dalekie od idealnych, jak dalekie są zatęchłe piwnice od klinicznie czystych laboratoriów. To także wpływało na wyniki procesu fermentacji. 
Niestety, użycie nadgniłych szmat było konieczne z uwagi na wykorzystywanie stomper'ów, rodzaju wielkich, zautomatyzowanych, napędzanych energią wody młotów. Encyklopedyści francuscy przedstawili je na poniższych rycinach. 
Rynna V dostarczała wodę, która zarówno poruszała kołem napędowym, jak i płukała szmaty, wybielając je i usuwając większą cześć grzybów.
Wypustki umieszczone na walcu B w określonych odstępach czasu podbijały młoty, których ćwiekowane końce, pod  własnym ciężarem, opadały na rozdrobnione, nadgniłe skrawki materiału, sukcesywnie przemieniając je w pełnowartościową pulpę.






Innym, późniejszym wynalazkiem (w drugiej połowie XVII wieku zaczęli stosować go Holendrzy, co pozostało w nazwie :D), był Hollander Beater, urządzenie o tyle sprytniejsze, że łatwo można było w nim regulować intensywność pracy i prześwit pomiędzy "tarkami". Umożliwiało to pracę na materiale o różnych grubościach i pozwalało pominąć niekiedy etap fermentacji. Na rycinie poniżej dzielni encyklopedyści przedstawili taki cep, rozebrany na części pierwsze. Ogólna zasada jest taka sama - woda lub wiatr poruszają bębnem, który rozciera o wzmocnioną stalą rampę szmaty. Do tego oczywiście wlot czystej i wylot brudnej wody, która stale w nim krążyła.




Ok, tak wyglądają naszkicowane z wolnej ręki podstawy uzyskiwania masy, która kiedyś stanie się papierem. Na zdjęciach ze współczesnych pracowni papieru czerpanego często widać napędzane elektrycznością cepy holenderskie, więc pewnie kiedyś trzeba będzie zbudować własny (Wy możecie wyszperać go np na zdjęciu szwajcarskiej papierni wiele linijek wcześniej). Na razie jednak zamierzam zająć się zaprojektowaniem i przygotowaniem sita, szczególnie, że okazało się to być o nieba bardziej skomplikowane, niż początkowo myślałem. W ramach komentarza i jednocześnie zapowiedzi dalszych akrobacji posłużę się zdjęciem makiety sita zgodnego z tym, co naszkicowali Diderot i D'Alembert.
A zatem, proszę państwa - sito z końcówki XVIII wieku w przekroju poglądowym!











czwartek, 12 czerwca 2014

4. Robimy papier czerpany.

Można? Można!

Tematem pokazów z papiernictwa zainteresowaliśmy się stosunkowo dawno, bo ponad rok temu. Nie można powiedzieć, że pomysł dojrzewał przez te dwanaście miesięcy - z braku środków i czasu bardziej zgodnym z prawdą byłoby stwierdzenie, że leżał raczej odłogiem. Aż do ostatniego miesiąca. : )

Bazując na mętnym wspomnieniu z muzeum papiernictwa, które odwiedziłem w głębokim dzieciństwie, i na wiadomościach z polskiego internetu, postanowiłem stworzyć swoje pierwsze sito oraz podjąć się próby wyczerpania kilku arkuszy papieru. Na pierwszy ogień poszły informacje ze stron:



Na swoją obronę dodam tu, że miał to być na razie tylko i wyłącznie pełen entuzjazmu eksperyment, stąd - delikatnie mówiąc - bardzo powierzchowna kwerenda źródeł i improwizowane materiały. Mając na względzie ewentualne późniejsze wykorzystanie sita do pokazów, postanowiłem użyć przy nim materiałów podobnych do tych, jakie znano w XVIII i XIX wieku.  Po krótkim mocowaniu się z siatką z ocynkowanego metalu i po przybiciu jej do sosnowej ramki marki ikea powstało takie coś:


Na którym postanowiłem zresztą zamontować znak wodny, zrobiony ze złomu mosiężnego, który walał mi się po szufladzie. Efekt może nie był piorunujący, ale przy moim antytalencie do estetycznych i dokładnych prac manualnych - co najmniej zadowalający.


No i dobrze, a co z pulpą? Na potrzeby eksperymentu użyłem papieru, na którym próbowałem swego czasu drukować książkę Grahama Clarka pt.: Prehistoric Europe. The Economic Basis. Pdf był uszkodzony i zostałem z gigantyczną ryzą prawie niezadrukowanych kartek. Zmajstrowałem najbardziej prostą masę, totalnie bez żadnych dodatków - pocięty drobno papier zalany wrzątkiem, odstawiony na 24h, a w końcu rozdrobniony kuchennym blenderem. Masa miała kolor białawy, z niebieskawym poblaskiem. Papier wyszedł mniej-więcej biały.


Na wspólne czerpanie papieru z przygotowanej już pulpy zaprosiłem Olę. Doskonałym napojem do tego typu przedsięwzięć, szczególnie, gdy odbywają się na poddaszu w upalne letnie dni, jest schłodzony przecier truskawkowo-miętowy. Zrobiliśmy go z 0.5 kg umytych truskawek, krzaka mięty i soku z połowy cytryny. Dekadenci mogą dodać do tego jeszcze ginu, jałowcowy smak powinien ładnie to wzbogacić. My nie użyliśmy, ale i tak przystałem na pomysł Oli, by robić mi kompromitujące zdjęcia. Zdjęcia będą półnagie, więc w trosce o tych niepełnoletnich lub wrażliwych czytelników, jakich na pewno kiedyś będziemy mieć, użyję tych odpowiednio wykadrowanych. : (

Pulpa po nabraniu na sito wygląda mniej więcej tak, jak na zdjęciu pod spodem. Ta jest już wstępnie odciśnięta na moich starych bieda-spodniach z przełomu XVIII i XIX wieku.

Proces odciskania nadmiaru wody, która wsiąka w tkaninę. Doskonale nadają się do tego grube, naturalne tkaniny o widocznym splocie. Splot, prócz świetnego przyjmowania wody, zostawia też miodny ślad na papierze.




Generalnie, od pewnego momentu, gdy stosunek masy papierowej do ilości wody w "kadzi" zrobi się niebezpiecznie niski, pozyskiwany papier robi się cienki i trudno było odczepić go od sita za pomocą metody "uderz sitem o deskę przykrytą lnem".



I pierwsza, wysuszona już karta, owoc naszego eksperymentu. Mało spałem, więc musiałem pomylić się w dacie. Dzisiaj oczywiście jest 12.




No dobrze, ale co to ma wspólnego z odtwórstwem? Chwilowo nic, na tym poziomie można przeprowadzić warsztaty dla dzieciaków podparte krótką pogadanką o historii czerpania papieru. Rekonstrukcja zacznie się przy drugim podejściu, bowiem po odprowadzeniu Oli do domu, siadłem nad rzetelniejszą kwerendą. Możliwości są tu nad wyraz duże i nęcące, wszak o pozyskiwaniu papieru pisał sam Diderot z D'Alembert, wielcy encyklopedyści francuscy. 
W ramach smaczku rycina z ich Encyklopedii pisanej w latach 1751-1765, przedstawiająca napędzany siła wiatru holenderski wynalazek służący do rozdrabniania pulpy z pociętych tekstyliów, który zastąpił swojego poprzednika - rodzaj wymagającego dużej siły wody ogromnego młoto-cepa.




W kolejnym odcinku należy się spodziewać wyników przebieżki po angielskich stronach związanych z czerpaniem papieru, linki do dwóch prac naukowych i kilku fachowych tutoriali, epokowe ryciny, współczesne zdjęcia zabytków i ogółem mleko i miód, jak mawiała Żubrowa. Na pohybel kiszącym źródła!


niedziela, 26 stycznia 2014

3.

Tym razem coś ode mnie - coś zupełnie niezwiązanego z rekonstrukcją - rzecz na pierwszy rzut oka bardzo niepozorna, trzeba mi tylko uwierzyć na słowo, że tworzenie jej trwało znacznie, znacznie dłużej niż sam seans. 


I co mogę jeszcze napisać. 
To tak naprawdę pierwsza w miarę sensowna rzecz, która się rusza, a którą zrobiłam sama. Na pewno jedna z pierwszych. 
(Moje wyobrażenie o animacji uległo delikatnemu przekręceniu i już nigdy minuty animacji nie uznam za coś niewybaczalnie za krótkiego.)
Za muzykę się kłaniam, odbieranie jej z maila było niezwykłym, radosnym przeżyciem.
Pozdrawiam. 

niedziela, 19 stycznia 2014

2

Bycie odtwórcą niezmotoryzowanym wiąże się z takimi drobnymi przyjemnościami, jak częsty brak wpływu na godzinę odjazdu i przyjazdu, konieczność optymalizacji bagażu (który przez cały wyjazd będziemy nosić na własnych plecach; czy potrzebuje talerza i miski? gdzie dopakować kubek? a może nie brać kubka, może sama miska wystarczy? Co mogę założyć na siebie podczas podróży, a które elementy stroju spakować do plecaka? jak rozwiązać problem dwóch nakryć głowy? koc czy peleryna? spać na surducie? - i wiele innych podobnych pytań), a co najtrudniejsze - brak własnego, suchego bagażnika w stojącym niedaleko miejsca pokazów samochodzie, w którym można spokojnie zostawić współczesny bagaż czy nadprogramowe rzeczy. Tak często wyglądał nasz zeszły sezon, w którym jeżdżąc po pokazach na terytorium Polski zrobiliśmy grubo ponad 10 000 km. Pociągami, pksami, samochodami znajomych i autostopem. Nie jest to jakaś szczególna trauma (chociaż faktycznie nieco męczy), ale w końcu (przy dużej aprobacie Oli) postanowiłem zabrać się za zrobienie bardziej epokowego bagażu, który jeśli nie pasowałby stricte pod datowanie XVII - XIX, to przynajmniej nie raziłby czułych oczu kolegów rekonstruktorów widokiem podobnym, jak poniżej.

Lwówek Śląski, wykańczanie strojów przed pokazem, sromotny brak namiotu, bagażnika oraz epokowego bagażu!





A zatem... snapsack! Torba ze skóry bądź lnianego/bawełnianego płótna, noszona zazwyczaj na pasie przerzuconym poprzecznie przez klatkę piersiową. Gros o nim informacji w internecie, także po polsku, zrobić łatwo, szerokie datowanie i występowanie (nawet jeśli chodzi o regularne armie), zupełny brak standaryzacji.
Pozwolę sobie od razu polecić znakomity artykuł:
http://www.rajtarzy.pl/torba_-_snapsack.html
Ikonografia:

            




Wykonane przeze mnie wstępnie wyglądają tak. Uszyte są z grubego płótna impregnowanego od wody, ognia i morowej zarazy, ze skórzanym pasem nośnym. W planie jeszcze zamontowanie klamer, umożliwiających regulacje pasa, być może zorganizowanie dziurek lub tunelu, który wyznaczałby stałe miejsce 'zamknięcia'.
Snapsack na Baltic Sail 2014, fot. Tadeusz Kryszyłowicz

Snapsacki na podlodze oraz niewidoczna
32 centrymetrowa linijka.